Wywiad: Wiktoria Nowak

05/06
Wywiad: Wiktoria Nowak

portret2

"Przez parę godzin przewlekam nitki wątku jedna za drugą tak długo, aż powstanie cała tkanina. Zrobienie jednego kilimu zajmuje mi od 30 do 40 godzin. Dziennie jestem w stanie utkać około 20-25 cm tkaniny. Jak można się domyślić – tkanie jest czynnością niezwykle relaksującą. Do tego stopnia, że inni rezydenci inkubatora śmieją się, że powinnam prowadzić warsztaty z medytacji" - opowiada Wiktoria Nowak, projektantka tkanin, laureatka konkursu make me! i współzałożycielka studia Tartaruga. 

Anita Treścińska: Skąd wzięła się Twoja fascynacja tkaninami?
Wiktoria Nowak: Muszę przyznać, że był to kompletny przypadek. Jeszcze jako licealistka nigdy w życiu nie wymyśliłabym sobie zawodu projektanta tkanin, zresztą chyba wielu osobom wydaje się on dość abstrakcyjny. Do Łodzi przyjechałam pierwszy raz pięć lat temu przy okazji egzaminów na animację w Szkole Filmowej. Nie dostałam się, co wtedy było dla mnie życiową tragedią ale z perspektywy czasu okazało się darem od losu. Oczarował mnie łódzki klimat i postanowiłam, że zostanę tu na jakichkolwiek studiach przez rok, żeby przeczekać do czasu kolejnego naboru na animację. Z przypadku trafiłam na wzornictwo na Politechnice Łódzkiej, wybrałam specjalizację z tekstyliów, bo wydawała mi się najciekawsza. Tkaniny zafascynowały mnie tak bardzo, że po pierwszym roku nie było już mowy o zmianie kierunku studiów. Na pewno dużą rolę odegrali tu moi wykładowcy, wybitni artyści, którzy naprawdę potrafią zarażać studentów swoją pasją.

AT: Byłaś wyróżniona w konkursie make me!, bierzesz udział w wielu projektach i konkursach. Jak wyglądały początki Twojej pracy? Ile wnosi i jak ważny jest udział w konkursach? W jakim stopniu pomogło Ci to w karierze?
WN: Na początku studiów często zastanawiałam się czy te całe tkaniny w ogóle mają sens. Przecież jest mnóstwo świetnych projektów z różnych gałęzi wzornictwa, które często odpowiadają na bardzo ważne problemy; pomagają ludziom w codziennym życiu. Na tym tle projektowanie tkanin wydawało mi się bardzo błahe i bez znaczenia. Wielkim przełomem był dla mnie właśnie konkurs make me!. Kiedy dowiedziałam się, że grono ekspertów wybrało mnie spośród setek młodych projektantów, dotarło do mnie, że moja praca jest naprawdę wartościowa i wyjątkowa. Nie zdobyłam wtedy żadnej z nagród, ani wyróżnień ale mimo to make me! było dla mnie jak mały wybuch z reakcją łańcuchową. Były publikacje, zaproszenia na wystawy, dużo ciepłych słów. Jednak najważniejszą rzeczą jaką dostałam była pewność siebie. Z perspektywy czasu wydaje mi się, że udział w make me! wykorzystałam maksymalnie. Pamiętam, że w tamtym okresie pracowałam na 200% ale było warto. Moja tkanina była w Dreźnie i w Mediolanie, zjeździła kilka wystaw w Polsce, a ja byłam nawet na festiwalu designu w Skopje, żeby prowadzić warsztaty tkackie. Dzięki konkursowi poznałam też mnóstwo świetnych ludzi związanych z wzornictwem, którzy teraz wspierają mnie na kolejnych szczeblach kariery. Parę rad, które mogę dać młodym projektantom (takim jak ja)? Po pierwsze – jak macie już jakiś fajny i wartościowy projekt – zgłaszajcie się na wszystkie możliwe konkursy w Polsce i za granicą. To wymaga mnóstwo czasu i energii ale zdecydowanie warto. Po drugie: kiedy pojawia się szansa, wykorzystajcie ją! Każda wystawa, propozycja współpracy czy konkurs mogą zaowocować kolejnymi możliwościami rozwoju. Po trzecie: dużo pracować, tylko nie zapominać o jedzeniu i spaniu!

AT: Kim są Twoi klienci? U kogo na ścianie można zobaczyć Twoje projekty?
WN: Moimi klientkami w większości są kobiety, być może dlatego, że to właśnie one częściej dbają o dekorowanie mieszkań. Obecnie zaczynam też współpracę z paroma pracowniami architektury wnętrz. Mam nadzieję, że w przyszłości takich klientów będę miała więcej, bo bardzo lubię pracować na zlecenie, projektując tkaniny na potrzeby konkretnego wnętrza i jego użytkowników.

AT: Co inspiruje Cię do tworzenia?
WN: Bardzo inspirują mnie tkaniny polskich projektantów z ugrupowań takich jak ŁAD, Warsztaty Krakowskie, Stowarzyszenie „Kilim” itp. Obecnie fascynują mnie też tradycyjne kilimy huculskie. Poza tym ogromną inspiracją są dla mnie po prostu materiały. Często kiedy zbieram się do zrobienia jakiejś tkaniny ręcznie, najpierw wybieram konkretne przędze, a dopiero później powstaje projekt plastyczny, który zakłada ich użycie. Myślę, że każdemu projektantowi potrzebna jest też inspiracja do pracy i do tworzenia w ogóle, ja lubię podglądać w internecie pracę różnych osób, niekoniecznie związanych z wzornictwem. Są tam ludzie zajmujący się dosłownie wszystkim – od ceramiki, przez muzykę, wytwarzanie mydła, po gotowanie lub podróżowanie. Widok ludzi z pasją, którzy kochają to co robią zawsze napawa mnie optymizmem i chęcią do pracy.

AT: Jak wygląda Twój dzień pracy? Co sprawia Ci trudność a co największą przyjemność? 
WN: Wszystkie moje dni są podobne do siebie, a moja praca jest dość monotonna; nie ma tu fajerwerków. Budzę się rano, pracuję przez chwilę – przeglądam maile, układam harmonogram dnia itp. Wszystko muszę zapisywać w kalendarzu i robić sobie szczegółowe listy rzeczy do zrobienia na każdy dzień, bo jestem straszną zapominalską gapą. Później przychodzi czas na kanapkę z masłem, masłem orzechowym i nutellą. Pakuję graty, biorę psa i robimy sobie godzinny spacer do mojej pracowni w Art_Inkubatorze w Łodzi. Jeśli akurat nie mam żadnego konkretnego zamówienia, robię „swoje” tkaniny. Obecnie pracuję nad kolekcją kilimów inspirowanych tradycyjnymi kilimami polskimi. Przez parę godzin przewlekam nitki wątku jedna za drugą tak długo, aż powstanie cała tkanina. Zrobienie jednego kilimu zajmuje mi od 30 do 40 godzin. Dziennie jestem w stanie utkać około 20-25 cm tkaniny. Jak można się domyślić – tkanie jest czynnością niezwykle relaksującą. Do tego stopnia, że inni rezydenci inkubatora śmieją się, że powinnam prowadzić warsztaty z medytacji. Tkanie nie wymaga ode mnie dużego skupienia, dlatego w tym samym czasie zawsze słucham muzyki albo audiobooków. W pewnym momencie doszłam nawet do takiej wprawy, że jednym okiem mogę oglądać jakieś seriale Netflixa od których bardzo szybko się uzależniłam. W pracowni mam też dyżurne słodycze – czekolada, cukierki, słodkie napoje gazowane – ratują mnie w momentach zjazdów energetycznych. Wieczorem, po skończonej pracy mierzę tkaninę, sprawdzam jak dużo mi przybyło i zapisuję w notesie, ile czasu przepracowałam w danym dniu. Zamykam pracownię, biorę psa i wracamy tą samą trasą do domu. Rzadko zdarza się, że wieczorami mam czas dla siebie. Często odpisuję wtedy na maile albo załatwiam różne niecierpiące zwłoki sprawy. Następnego dnia budzę się, jem taką samą kanapkę, biorę na spacer tego samego psa... i tak wygląda każdy mój dzień. Lubię zlecenia indywidualne, bo wtedy mam możliwość pracy z klientem 1:1. Staram się przez projekt odpowiedzieć na wszystkie jego potrzeby i wizje. Zdarzają się bardzo też zabawne sytuacje – ostatnio jedna z klientek zamówiła tkaninę do pokoju dziecka. Wysłała zdjęcia tego wnętrza ale też parę zdjęć swojej rocznej córki jako inspirację. Oczywiście były mi one kompletnie niepotrzebne ale od razu milej się pracuje. Najbardziej lubię moment, kiedy klient wysyła mi zdjęcia mojej tkaniny już ze swojego domu. To daje bardzo dużo radości i satysfakcji oraz napędza do robienia kolejnych projektów.

Tartaruga znajdziecie na stronie: www.tartarugastudio.pl oraz facebooku: www.facebook.com/pg/tartaruga.studio